Peleryny rowerowe - fot. Wojciech Grzędziński / bajerynarowery.pl

#roweremdopracy bez względu na pogodę? Peleryna rowerowa i jazda!

„Hmm, trochę kropi i wieje… no nie za bardzo rowerowo. Może dziś autem jechać? Cieplutko, suchutko… No, tylko te korki, wkurzenie na innych i jeżdżenie za miejscem do parkowania… I zostawienie auta pół kilometra od pracy, moknięcie w drodze do biura…”.

Rozterki codzienne i peleryna rowerowa

To standardowa rozterka przed wyjściem z domu w tym tygodniu. Ani razu nie uległam pokusie i nie pojechałam autem. Za każdym razem korzyści z roweru przewyższały w ostatecznym rozrachunku te z używania samochodu.

I wiecie co? Gdybym w tym tygodniu rezygnowała z roweru każdego dnia, kiedy chociaż trochę kropiło, to od poniedziałku do środy woziłabym się samochodem. Tymczasem okazywało się, że kropelki były nieduże, znośne, a do czasu dojazdu do pracy deszcz zanikał całkowicie. Powrót natomiast miewałam w pięknym słońcu! A w czwartek, kiedy deszcz padał jak wychodziłam z pracy, pomyślałam, że przecież to nic, bo nawet jak mnie przemoczy, to i tak za 25 minut będę w domu i się wysuszę 😀 Wsiadłam, pojechałam, a on przestał padać.

Peleryna rowerowa czy kurtka biegowa?

Peleryna rowerowa - fot. Wojciech Grzędziński / bajerynarowery.pl

Peleryna rowerowa – fot. Wojciech Grzędziński / bajerynarowery.pl

A jak jeżdżę w deszczu? Jak mży, używam lekkiej, biegowej kurtki przeciwdeszczowej. Jej główna zaleta to to, że ma bardzo szczelny, lekki kaptur, dzięki czemu nie moczy mi się głowa. W ten sposób eliminuję mój największy, najgłówniejszy problem z jazdą w deszczu rowerem: mokre, wykręcające się potem w pracy przez cały dzień włosy. Na większe ulewy mam pelerynę rowerową. Znajdziecie je w naszym sklepie bajerynarowery.pl w dziale peleryny rowerowe. Kolorów jest kilka, ja chyba najbardziej ze wszystkich lubię czerwoną. Peleryna rowerowa to już ciężki oręż na deszcz: chroni przed deszczem tułów, ręce, oczywiście głowę i plecy, a jeżeli nie zacina, to także uda i kolana. Oj, nieraz mi ta peleryna życie uratowała 😉

Morał? Bądźcie nieugięci i jeździjcie #roweremdopracy. Bez względu na wszystko. A w razie czego miejcie zawsze przy sobie pelerynę rowerową.

(0)
23307160873_18c6147122_k

Prezent dla rowerzysty, prezent dla rowerzystki. 5 rzeczy

_DSC3604Kto ma już wszystkie prezenty? A kto czeka do ostatniej chwili? Ja zawsze czekałam, a teraz, zupełnie na spokojnie – metodą: każdego dnia jeden prezent – udało mi się uporać z tematem kilka dni wcześniej. Dlatego mogę teraz zająć się przygotowywaniem propozycji dla Was! Jeżeli macie w rodzinie albo wśród znajomych jakiegoś rowerzystę albo rowerzystkę, to te propozycje mogą być pomocne.

1. Rowerowy kubek

Rowerowy kubek Ted Smith to absolutny hit w naszym sklepie. Jest większy niż standardowy (ma ok. 300 ml), a do tego na uszku znajduje się niewielki rowerek. I chociaż początkowo może budzić

DCIM104GOPRO

Rowerowy kubek wyprawowy

mieszane uczucia, jest bardzo przydatny! Można go użyć do zahaczenia sznureczka od herbaty ekspresowej. Kubek jest lekko beżowy, zdobią go trzy piękne, delikatnego wzoru kolareczki. Jest tu.

Dla takich, którzy dużo jeżdżą, mamy też drugi – emaliowany. Można go zabierać ze sobą na krótkie wypady za miasto, długie wyprawy, albo pić z nich gorące napoje w domu. Możecie go znaleźć tu: rowerowy kubek wyjazdowy – emaliowany.

2. Wycieraczka z rowerem

Rowerzyści szosowi, miejscy, górscy, triathloniści – ten prezent docenią wszyscy. Wycieraczka pod drzwi z wizerunkiem roweru i napisem „GONE RIDING”, czyli „WYSZEDŁEM NA ROWER” dotyczy bowiem każdego z nich. Jest gruba na 2 cm, a jej wymiary to 75×46 cm. Znajduje się tu.

fullsizerender-1

43. Peleryna rowerowa

A jeżeli potrzebujesz prezentu dla kogoś, kto należy do tej pierwszej grupy, czyli jeździ rowerem zawsze i w każdych warunkach, to może się tu sprawdzić peleryna rowerowa. Ma dłuższy przód, żeby można było osłonić ręce, a tył dobrze zasłania plecy przed ochlapywaniem z tylnego koła. Mamy ją w pięciu kolorach: granatowym, błękitnym, czerwonym, różowym i żółtym, a także czerwonym.

4. Solniczka i pieprzniczka w rowerysolipieprz

Rower nie zawsze da się zabrać w każde miejsce. Na przykład do stołu ze śniadaniem. W takiej sytuacji, gdy dajmy na to chcemy posolić i popieprzyć jajeczko na miękko, które właśnie sobie zrobiliśmy, sprawdzi się solniczka i pieprzniczka w rowery. To coś dla tych, którzy lubią mieć ładne rzeczy w domu, a jednocześnie uwielbiają jednoślady. Solniczka i pieprzniczka są podpisane, ta pierwsza ma więcej dziurek, druga – tylko jedną. Przyozdabiają je rowery w różnym kształcie. Można je kupić tutaj.

5. Bransoletka rowerowa Biciklo i BigBiciklo

Czyli coś dla tych, którzy lubią stylowe dodatki. Biciklo to bransoletka z rzemykowego warkoczyka z doczepionym małym, jednocentymetrowym rowerkiem. BigBiciklo natomiast w większej mierze składa się z rowerku – tutaj element ten jest kilka razy większy i dzięki temu bardziej go widać. Wszystkie bransoletki są ręcznie robione, mają regulowane łańcuszkiem zapięcie. Ostatnio wymyśliliśmy też nową odmianę bransoletki: w kolorze starego złota. Jest to nawleczona na czarny rzemyk zębatka rowerowa. Nadaje się na prezent i dla niej, i dla niego! Bransoletki znajdziecie tu.img_0613bransoletka-z-rowerem-bigbiciklo

(0)
img_7096

#roweremdopracy – patenty na zimę

„Przyjechałaś rowerem? Nie zimno ci?!”

„Nie, no nie mów, że przyjechałaś rowerem!”

„Ale dzisiaj to już na pewno nie przyjechałaś rowerem!”

Przyjechałam. Nie zimno. Wiecie, jak to robię?

Przede wszystkim końcówki

img_0450Najbardziej ze wszystkiego zabezpieczam głowę, ręce i stopy. I to bez ceregieli. nie jakimś goreteksem, folią ani niczym takim. Na głowę zakładam wełnianą czapę, na szyję – ciepły, wełniany szalik, a na ręce i stopy – kożuchowe rękawice i buty.

Dwupalczaste rękawice kupujemy z mamą u górali na targu, jedna para wystarcza na kilka sezonów. Kosztują 50-70 zł i są naprawdę bezkonkurencyjne. Na nogi najlepiej sprawdzają się buty typu EMU, moje to akurat BooRoo. Kupione w TkMaxxx za nie pamiętam już ile – chyba ok. 200 zł. Są całe skórzano-zamszowe, w środku kożuchowa wyściółka. Rzadko kiedy udaje mi się w nich przegrzać, ale też prawie nigdy w nich marznę. Do butów zakładam wełniane skarpetki – w zależności od pogody albo grube, albo cieniutkie, takie grubości bawełnianych. Jeżeli jest koło zera, zdarza mi się zamiast botków zakładać długie kozaki do kolan, pod spód jednak koniecznie dokładam wełniane zakolanówki (żeby chronić kolana przed chłodem).

Wełna wszędzie

Zimą nie rezygnuje ze spódnic. Przeciwnie – lubię je chyba jeszcze bardziej niż latem. Jedyny wymóg to to, że muszą być w miarę długie – przynajmniej do kolana, a najlepiej za – i najlepiej wełniane. Mam na razie dwie takie na na tym na pewno się nie skończy (wciąż wyszukuję nowe w lumpeksach – koszt ok. 12-15 zł/szt.). Do pracy rowerem jeżdżę w wełnianym płaszczu, który sięga do kolan. Ponieważ jednak podczas jazdy na rowerze odsłaniają się kolana i wieje, w chłodniejsze, mroźne, czy wietrzne dni pod spód zakładam bardzo długi, taki sięgający za kolana, sweter. Ma krój szlafroka z wąskimi rękawami i gdy tylko dotyka nóg, już chroni przed chłodem. Pod taką konfigurację (płaszcz+sweter) mogę założyć naprawdę cienką bluzkę lub koszulę i wcale nie marznę. Nawet przy -15.

Mało tego. Zwykle już po pierwszych dwóch kilometrach rozgrzewam się na tyle, że myślę o rozpinaniu guzika płaszcza i poluzowuję szalik.

Zimowe opony na rower

img_7089Zapytacie pewnie jeszcze: a co z rowerem? Roweru do dojazdów do pracy używam tego samego, co przez większość roku. Większość, bo latem czasem śmigam kolarką, a ta już zimą zupełnie odpada (łyse opony+brak błotników).

„Przygoda” to duży, miejski holender Pointer Gloria z kołami 28 cali. Siedząc na nim, mam wyprostowaną sylwetkę, siedzę dość wysoko. Jedyne, co zmieniam w nim teraz, to opony – te, które miałam do tej pory, są już za bardzo wytarte i zniszczone. Gdyby teraz było lato, zdecydowałabym się pewnie na zwykłe miejskie, ale że wita nas zima, wybrałam takie z wyraźniejszym bieżnikiem – Continental Tour Ride 28. Na razie nie powiem, jak się sprawują, bo jeszcze nie zamontowałam. Gdy tylko to nastąpi, od razu podzielę się z Wami wrażeniami.

Ale spokojnie z tymi oponami. To pierwszy rok, kiedy wymieniam w rowerze opony na zimę (zwykle robię to tylko w aucie). Przeważnie przejeżdżałam zimę dokładnie na tych samych oponach, co resztę roku, i tylko raz (przez robienie zdjęcia w czasie jazdy – głupota) wywróciłam się, bo nie zobaczyłam lodu. Przy zachowaniu ostrożności, uważności i spokojnej jeździe nic nie powinno się stać 🙂

Także, drodzy Państwo, na rowery! #roweremdopracy

img_7096

(0)
DCIM103GOPRO

Z psem na rower? Oto, jak się przygotować

Myślicie, że wyjazd z psem i rowerami to gruba i ciężko realizowalna rzecz? Spróbuję przekonać Was do tego, że tak nie jest, a jedynym poważnym przedsięwzięciem jest zakup przyczepy. Reszta to prościzna. Pokażę Wam na przykładzie naszego przejazdu Wokół Suwalszczyzny, na jaki wybraliśmy się w czerwcu 2016 roku.

Tak to wyglądało:

Tutaj znajdziecie relację z wyjazdu: #zycietowycieczka, czyli sześć kółek i cztery łapy na Suwalszczyźnie

Mapy

Mieliśmy dwie: drogową Warmińsko-Mazurskiego i Podlaskiego o słabej skali i turystyczną po Suwalszczyźnie 1:85 000 (Express Map). Tę drugą mogę z czystym sumieniem polecić – wyrysowane dobrze drogi, zaznaczone wzniesienia, sporo atrakcji turystycznych, sklepy, stacje i inne życiowo potrzebne elementy. Jednocześnie nie jest to aż tak szczegółowa mapa (jak np. w przypadku 1:50 000, jakich używamy do nawigacji na zawodach), żeby trzeba było ją cały czas odwracać i przesuwać w mapniku.

Mapnik – używałam go tylko ja. Można nim kręcić (chociaż ja rzadko z tego korzystam), przyczepia się go do kierownicy rzepami.

Sprzęt

Dwa rowery raczej niskiej klasy – BH i Decathlon. Wyszliśmy z założenia, że wyjazd ma być tani, dlatego nie inwestowaliśmy w nowe. Zresztą po co to robić, skoro te, co mamy wciąż działają. Ja przed wyjazdem oddałam tylko swojego rumaka do specjalistów na wymianę linek i pancerzy, a pozostałe rzeczy przeserwisowałam sama (wymieniłam korbę, kasetę, suport i łańcuch), a koledzy pomogli zlikwidować luz na piaście w tylnym kole. Zrobiłam to dlatego, że po latach jeżdżenia i tysiącach pokonanych kilometrów, rower po prostu tego wymagał i tak samo postąpiłabym, gdybyśmy zostawali w domu i nigdzie się nie ruszali. Mój rower wyposażony był w opony szosowo-terenowe Schwalble Land Cruiser. Marcin miał opony czysto terenowe.

Przyczepa rowerowa dla psa Burley Tail Wagon – to sprzęt, który wybieraliśmy przed wyjazdem najdłużej. W końcu przekazał nam ją na wyjazd producent. Testów było trochę, nauka Łyska też nie była prosta, ale po wyjeździe możemy powiedzieć, że to najlepsze, co mogliśmy mieć. Przyczepa dobrze radziła sobie na wybojach (było ich naprawdę dużo) na drogach szutrowych i polnych, ładnie prowadziła się na asfalcie, nie zawadzała (bo jej szerokość to tyle, co rowerzysta z sakwami), a najlepsze jest to, że nocą służyła psu za budę – wstawialiśmy ją do przedsionka namiotu i Łysek czuł się w niej jak w domu.

O tym, jak wybierałam przyczepę dla psa, pisałam tutaj: Łapy, które biegną jak jadą, czyli… ruszamy na wyprawę!

Sakwy – polskiej firmy Crosso – wodoodporne, pancerne, z łatwym dostępem do środka i duże. Zabierając je trzeba zawsze pilnować, żeby nie zapakować do nich za dużo rzeczy. Sakwy są naprawdę bardzo pojemne, a dodatkowe buty czy jeszcze jedna bluza, chociaż wejdą, wcale nie muszą być potrzebne.

Spanie i gotowanie

Namiot – noname, trójka. Duży i dość ciężki, ale mieszczący nas, psa, przyczepę i w razie potrzeby też rowery (nie korzystaliśmy z tego ostatniego dobrodziejstwa). Wymyśliliśmy, że namiot jeździć będzie na dnie przyczepy i tak było: składaliśmy go w kształt podłogi, wyściełaliśmy psu jego chatę, a na wierzch kładliśmy jeszcze psią szmatę, na której zwykle sypia w podróży. Dzięki temu Łysek miał wygodnie, a my nie musieliśmy targać namiotu na bagażniku.

Maty do spania – sampopompujące, z GO Sportu. Są niewielkie, niezbyt ciężkie i kupione za bzdurne kilka lat temu.

Śpiwory – mieliśmy jeden grubaśny (puchowy) i jeden supercienki. Jadąc drugi raz także zabrałabym grubaśny, jak robię to zwykle nawet w środku lata 🙂

Kuchenka, gaz, garnuszek, patelnia, czajniczek – wzięliśmy, bo zamierzaliśmy gotować sobie rano wodę na kawę, a po południu obiad. Gotowaliśmy wszystko, łącznie z parówkami i jajecznicą. Palnik mam firmy Coleman (używam od lat na wyjazdach w góry, koszt mniej niż 100 zł), butla nakręcana, gary stare z wyjazdów, a patelnia – najmniejsza teflonowa z domu. Dzięki temu czuliśmy się naprawdę wolni, mogliśmy spać i jeść w dowolnym miejscu.

Psie rzeczy – miarka do karmy (wycięta z półlitrowej butelki – najlżejsza), miska (wycięta też z jakiegoś opakowania – najlżejsza), palik do przyczepiania psa na kempingu, butelka z poidłem do dawania mu pić w czasie drogi, sprężyna przykręcana do sztycy siodła – żeby mógł sobie biec uwiązany do roweru (korzystał z tej możliwości dużo chętniej niż z przyczepy).

– Ciuchy – jak wcześniej pisałam, uważajcie, żeby nie nabrać ich za dużo. Początkowo miałam w zwyczaju zabierania dodatkowych butów i kilku koszulek na zmianę. Okazuje się jednak, że w czasie wyjazdu używam zwykle jednego-dwóch kompletów ciuchów, które łatwo w razie czego przeprać. Na tyłek na pewno sprawdzą się gatki z pampersem, koszulka oddychająca (ja najbardziej lubię taką bez rękawów i drugą, lekką z długimi – do założenia jak zrobi się chłodniej), kask, lekkie buty (ja używam półsandałów, ale mogą być lekkie adidasy) i fru! To na jazdę. Do tego dokładam klapki do chodzenia wieczorem i rano, jakieś luźne, lekkie dresy, które nadają się na wieczór a w razie potrzeby też w czasie jazdy, bluzę na wieczór, coś do spania. Weźcie pod uwagę, że 90 procent czasu spędzać będziecie na rowerze, dlatego ciuchów nierowerowych za często zakładać pewnie nie będziecie. Do sakwy wrzucam jeszcze cienką jak papierek, biegową kurtkę (w razie czego, do jeżdżenia, jakby bardzo wiało) i pelerynę.

A do kompletu potrzebne są jeszcze: pomysły na to, gdzie jechać, uśmiech i odwaga. Odwagi! Jedźcie na rower, tam są przygody! 😀

(1)
lysek

Łapy, które biegną, jak jadą, czyli… ruszamy na wyprawę!

A właściwie wyprawkę, bo nawet nie przekraczamy granicy kraju, a wszystko będzie trwało około tygodnia. Ale chociaż niedaleko, nasza wycieczka będzie prawdziwą przeprawą, bo tym razem zabieramy ze sobą nie tylko rowery, sakwy i namiot, ale też psa i przyczepę dla niego. Łysek, chociaż dużo biega i dystans 80 km nie jest dla niego wyzwaniem, gdyby miał powtarzać to codziennie, mogłoby skończyć się dramatem. Do tego nasz kundel woli raczej spokojniejsze tempo, tymczasem gdy towarzyszy rowerowi, potrafi się dobrze zmęczyć.

Trasa

Przygotowania naszej wyprawki zaczynam więc dwutorowo: z jednej strony planuję trasę, a z drugiej rozważam, jaki będzie najlepszy sprzęt do transportu psa. Z tym pierwszym idzie szybko – zwykle pomaga mi w tym Google i tak jest także tym razem. Założenie jest takie, by spod Giżycka ruszyć prosto na północ do Gołdapi, stamtąd jak najbliżej granicy na wschód i dalej wzdłuż granicy (w miarę możliwości ostatnią polską drogą) na południe. Wyznaczam więc kolejne punkty pośrednie i pozwalam Googlom wyznaczyć trasę dla roweru. Potem nanoszę korekty, przeciągając niebieską kreskę tak, by wyszło na moje, czyli jak najbliżej granic. Dokąd się uda dojechać, dotąd dojedziemy, a potem zawiniemy z powrotem w stronę Giżycka. Szacuję, że pokonamy w ten sposób około 600 km.

Przyczepa

Nieco trudniej idzie z przyczepą rowerową. Przeczesuję internet w poszukiwaniu najtańszej, ale jednocześnie najlepszej z dostępnych i wcale łatwo nie jest. Przyczepy, nie dość że w różnych cenach (od 300 do 2000 zł), to jeszcze zakładają różną ładowność i wielkość psa. Nasz kundel waży ok. 15-16 kg i jest postury małego huskiego. Okazuje się jednak, że chociaż kwalifikuje się do kilku przyczep do 20 kg, to skorzystać z nich nie może przez swoje raczej długie łapy. Gdyby był buldogiem, nie byłoby kłopotu, a tak nie miałby gdzie się zwinąć. W końcu po kilku dniach poszukiwań decyduję się napisać do kilku producentów przyczep. Przedstawiam naszą sytuację, to kim jesteśmy i przede wszystkim: jaki pies będzie nam towarzyszył. I działa!

Wesprzeć nas decyduje się amerykańska firma #Burley, która produkuje przyczepy, które są vanami wśród przyczep dla psów (i dzieci). Wcześniej mamy jeszcze okazję przetestować kupioną naprędce chińską przyczepkę dla dzieci za 300 zł, ale gdy odbieramy naszego Burleya, wiemy już, że nie warto nawet się nad tamtą słabszą zastanawiać. Mieści wprawdzie więcej gratów niż nasz Burley (i można by ułożyć w niej namiot), ale za to koła chyboczą się niemiłosiernie. Nie wiem, czy mogłabym zaufać jej przez tyle kilometrów.

Hyc za przyczepę

Przychodzi wreszcie dzień nauki Łyska. Plan jest taki: zmęczyć go trochę bieganiem, a potem, jak już będzie spokojniejszy, spróbować posadzić w przyczepie. Pies wygląda na gotowego po sześciu kilometrach leśnej przebieżki. – Nie będzie problemu – wymieniamy się opiniami. Zachęcamy go przysmakami, wchodzi. Przypinamy smycz, siedzi. Jest OK. Ruszamy. A pies hyc! I już jest poza przyczepą. Nie pomagają błagania, prośby, zachęty. Nic. Jak stoimy, siedzi w środku, jak ruszamy – hyc! – Boi się, nie podoba mu się – myślę głośno. Nic to, decydujemy, że podjedziemy dalej w jakieś ustronne miejsce i tam popracujemy z naszym kundlem.

Obozowisko rozbijamy kilka kilometrów dalej. Najpierw siedzimy spokojnie i czekamy, czy pies wejdzie do przyczepy sam, wrzucamy smaczki. A on wchodzi, bierze smaczki i wychodzi. Próbujemy przypinać, jak przyczepka stoi – pies siedzi grzecznie, ale gdy tylko ruszamy, od razu wyskakuje. O co tu chodzi, do licha?!

Siła i machanie łapką

W końcu decydujemy, że spróbujemy siłą przytrzymać go w przyczepie – żeby zobaczył, że jazda to nic strasznego. Przytrzymuję więc go za rączkę w szelkach i górną belkę przyczepki. Ruszamy i… przychodzi olśnienie!

Gdy przytrzymuję psa w czasie jazdy, dociera do mnie nagle, co jest powodem jego wyskoków. Wcale nie chodzi o to, że mu się nie podoba, ani też się nie boi. Po prostu, gdy tylko ruszamy, psie łapy same zaczynają układać się do biegania. On po prostu nie wyobraża sobie, jak można się przemieszczać i nie machać łapami!

OK, w takim razie musimy pokazać mu, że to możliwe. I uczymy: najpierw wolno, trzymając go za uchwyt. Marcin prowadzi rower, ja trzymam. Gdy pies przestaje próbować wysiadać, ja oddalam się od przyczepy. Pies (przyczepiony do górnej belki przyczepy) patrzy, co się dzieje, ale po kilku próbach wyskoków jest już spokojny. Kolejny etap to moment, kiedy Marcin wsiada na rower i jadą już tak, jak będziemy jeździć na urlopie. Znów: chwila niepokoju psa, ale potem już nie wyskakuje. Uf, udało się!

Będą z Łyska psy!

Do domu wracamy okrężną drogą, pies w którymś momencie przestaje się niepokoić, a pod koniec nawet siada. Potem zabieram go jeszcze na jedną, całodzienną wycieczkę i okazuje się, że coś w łepetynie zostało – nie wysiada już w czasie jazdy, chociaż początek pokonuje z przednimi łapami na zewnątrz: staje sobie na dyszlu i rozgląda się na boki. Dopiero po kilku kilometrach zaczyna kminić, że chyba jednak wygodniej jak w przyczepie znajduje się cały pies, a nie tylko tylna jego część.

Teraz jedyny newralgiczny moment to zatrzymywanie się na światłach. Łysek, jak się nie poruszamy, urządza sobie huskowe śpiewy, a wszyscy rowerzyści momentalnie padają ze śmiechu. Uda się. Myślę, że się uda!

#hackingburley

I jeszcze notatka o jednej zmianie, jaką wprowadziliśmy w naszej przyczepie: od razu po pierwszej przejażdżce wycięliśmy siatkę w przednim okienku tak, żeby materiał sięgał psu wyżej niż spodnia warstwa i dzięki temu miał mniejszą możliwość wyskakiwania ze swojej limuzyny. Jednocześnie chcieliśmy, żeby nic nie ograniczało mu możliwości wystawienia łba na zewnątrz (siatka ograniczałaby tę możliwość). Zadziałało 🙂

Tymczasem przyczepa stoi w domu z odczepionymi kółkami i pies wchodzi do niej sobie w ciągu dnia i przesypia długie godziny. A jak jeździmy, to – chociaż już nie wyskakuje – ciągle macha jedną łapką. Jak my przy graniu dżojstikiem, kiedy ręka ucieka w którąś stronę, gdy chcemy skręcić naszym ludzikiem. Znacie to, nie?

(2)

Jak zapiąć bransoletkę z łańcuszkiem?

Kiedyś miałam bardzo duże problemy z zapinaniem bransoletek, które miały regulowaną długość. Z wielu zdarzyło mi się rezygnować tylko z powodu zapięcia, chociaż niektóre były bardzo ładne. Nie chciałam co chwilę prosić kogoś o zapięcie bransoletki na ręku.

Tak było do czasu, aż mama pokazała mi ten sposób: zapinanie bransoletki za pomocą rozgiętego spinacza. Zobacz, jakie to proste!

Bransoletka z rowerkiem nazywa się BigBiciklo i jest tutaj

(0)
Solniczka i pieprzniczka z rowerem

Kubek, parasol, solniczka i pieprzniczka. Wszystko z rowerami!

„Na co tylko, do licha cięzkiego, ten mały rowerek na uchu?!” – pomysłałam, gdy zobaczyłam w hurtowni kubeczki z rowerami. I na próbę zamówiłam kilka. Do tego dołożyłam jeszcze solniczki, pieprzniczki i parasole.

_DSC3602Przyszły w szarym kartonie z napisem „czaszka dinozaura”. Najpierw się uśmiałam! A potem zaniepokoiłam: „a co, jeśli w środku naprawdę jest czacha? Nawet sztuczna?” – dręczyło mnie. W końcu, gdy mogłam dobrać się do wnętrza, okazało się, że żadnej czachy nie ma. Jest dokładnie to, co miało być: kubki z rowerami, pieprzniczki z solniczkami i parasolki – też w rowery.

Zamiast od razu wrzucić je do sklepu, od razu zaczęłam się zastanawiać, komu by to sprezentować. Mam tak dużo rowerowych znajomych, że na pewno by się im spodobało. A potem przyszła refleksja: przecież to towar, a nie wielkie zamówienie prezentowe na święta! I zabrałam się za testy.

Mały rowerek – do herbaty

_DSC3610aNajpierw postanowiłam rozwikłać kwestię roweru na uchu kubka z rowerami projektu Teda Smitha. Zastanawiałam się, po co taki ozdobnik. I było tak do czasu, gdy zaparzyłam pierwszą herbatę ekspresową. Wtedy okazało się, że ten malutki szczególik świetnie sprawdza się jako haczyk, na którym można zawiązać sznureczek. Dzięki temu przy zalewaniu herbaty sznurek i papierek nie wpadną nam do środka. Kubek rowerowy projektu Teda Smitha można znaleźć tu.

Gadżety rowerowe niekłopotliwe_DSC3633

Solniczka&pieprzniczka nie stanowiły już problemu: testy szczegółowe, związane z nasypaniem soli i pieprzu, nie były potrzebne, dlatego po obfotografowaniu przekazałam do dalszego użytkowania w zaprzyjaźnionym domu. Solniczka&pieprzniczka jest tu.

Parasolkę wrzuciłam do torby i noszę, nie mogąc doczekać się deszczu (ponoć ma padać po niedzieli). Tylko żeby tylko nie było to wtedy, gdy będę jechać rowerem, bo wtedy bardziej niż parasol przyda się peleryna… Parasol kupić można tutaj.

(0)
Lampka rowerowa

Oświetlenie rowerowe. Przepisy

Jeszcze kilka tygodni temu dni były tak długie, że światełka zupełnie nie były potrzebne. Lampki poupychane miałam w szufladach i pudełkach z rzeczami rowerowymi. Teraz bez światełek z domu się już nie ruszam.

A jak światełka, to i po krótce zasady ich stosowania. Czy trzeba używać oświetlenia rowerowego w dzień? Czy światełko może migać? Czy zamiast przedniej lampy możemy używać czołówki? Czy tylne światło możemy zahaczyć na plecaku albo na ramieniu? Zobaczcie, jakie przepisy obowiązują rowerzystów.

Z przodu: białe albo żółte

Światło z przodu może być białe albo żółte, stałe lub pulsujące – tak mówią przepisy. Powinno znajdować się na wysokości przynajmniej 25 cm, ale nie wyżej niż 150 cm, czyli czołówka w ten zakres się nie łapie (chyba, że zdejmiemy lampkę z głowy i zahaczymy ją na kierownicy). Jeżeli chcemy czołówką doświetlić sobie teren, możemy jej używać, ale tylko dodatkowo. Podstawą musi być światło na rowerze. A jaką powinno mieć moc? Tego przepisy nie precyzują Najbardziej oszczędne lampki rowerowe mają jedną diodę (wtedy de facto tylko zaznaczają pozycję rowerzysty), a najmocniejsze… Hm, u mnie w sklepie najmocniejsze lampki mają 5 diod i dobrze rozświetlają teren. Gdy wieczorami jeżdżę z Wilanowa na Ursynów przez ciemną skarpę, naprawdę nie mam problemów z dostrzeżeniem nawet niedużych wyrw w ulicy.

Co do mrugania natomiast – u mnie przednie światełko zazwyczaj nie miga (chyba że mam dwa: jedno mrugające, drugie – nie). W ciemnym terenie przy mrugającym świetle można dostać oczopląsu.

Z tyłu: czerwone

Podobnie jak z przodu, tylne światło może być stałe lub pulsujące. Jego kolor musi być czerwony. Oprócz takiego światełka powinniśmy mieć też z tyłu czerwony odblask. Światła te – podobnie jak dla przednich – powinniśmy umiejscowić na rowerze na wysokości od 25 do 150 cm. To oznacza, że wszelkie pulsujące opaski na ręce, czy światełka przyczepiane do kasku nie są wystarczające. Powinniśmy mieć lampkę mocowaną do roweru.

Mocy światełka pozycyjnego przepisy nie precyzują – tak samo, jak w przypadku lamp przednich. Najważniejsze dla nas powinno być to, żeby było ono widoczne dla kierowców. Im wcześniej nas zobaczą, tym więcej czasu będą mieć na manewr wyprzedzania. Bajerowe lampki na tył mają po dwie diody. U mnie w rowerze najczęściej pulsują. Swoim mruganiem ta lampka lepiej zwraca na siebie uwagę – ja za kierownicą lepiej widzę mrugające światło niż ciągłe.

Ważne szczegóły

Lampki pozycyjne, które przyczepiamy do roweru, możemy za dnia odczepiać. Nie dotyczy to jednak tylnego odblasku, który powinien być przytwierdzony do roweru na stałe. Trzeba też pamiętać o używaniu normalnego oświetlenia we mgle i w tunelach.

Lampek na rowerze można mieć dowolną liczbę. To oznacza, że możemy z przodu używać np. jednej, która oświetla teren światłem ciągłym i drugiej, która dodatkowo zaznaczy naszą pozycję mruganiem. Wszystko, żeby tylko być lepiej widocznym dla kierowców.

Na szprychach roweru można zamontować odblaski (w kolorze pomarańczowym), odblaskowe mogą być też paski na oponach (w dowolnym kolorze). Przepisy nie mówią nic o dodatkowych światłach – np. LED-owych – które umieszcza się np. na szprychach. Ja zdradzę, że jedną z takich propozycji właśnie testuję…

Wczuć się w kierowcę

Ogólnie zasada, która najbardziej jest mi bliska, to taka, żeby przy montowaniu oświetlenia do roweru, wczuć się w kierowcę. „Czy on będzie mnie tak widział?” – to pytanie zadaję sobie zanim np. zasłonię tylną lampkę długim swetrem albo torbą umiejscowioną na bagażniku, albo lampka przednia zaplącze się gdzieś w linki hamulcowe i przerzutek. Tak samo z kolorami świateł: jedna rzecz, to to, że wedle przepisów czerwone światło ma nie być widoczne z przodu i odwrotnie. Najważniejszy jest jednak powód umieszczenia w regulacjach takiego przepisu: przecież nie chodzi o widzimisię ustawodawcy, ale o to, żeby kierowca, widząc światło, wiedział, czy rower zbliża się do niego, czy oddala. Białe? „Rower jedzie w moim kierunku”. Czerwone? „Widzę tył roweru, który porusza się w tym samym kierunku, co ja”. Proste, nie?

Jeżeli jeszcze nie macie lampek rowerowych, możecie znaleźć je u nas w sklepie.

Tu znajdziecie tekst jednolity rozporządzenia Ministra Infrastruktury w sprawie warunków technicznych pojazdów oraz zakresu ich niezbędnego wyposażenia.

Tu natomiast znajduje się tekst jednolity Ustawy prawo o ruchu drogowym z 1 kwietnia 2011 roku.

(0)
zdjęcie-23

O torbie i bransoletkach rowerowych

Najpierw jest jeżdżenie rowerem do pracy raz na kilka dni. Jest miło, ale jak pada, zostawiasz bajka w domu i wybierasz auto. Potem okazuje się, że jak już złapie cię jakiś deszcz na rowerze, nie ma tragedii, zwłaszcza jeżeli dzieje się to w drodze do domu. Potem po raz pierwszy decydujesz się jechać do pracy rowerem, gdy wokół grzmi i leje. W końcu orientujesz się, że samochód stoi na parkingu w zasadzie przez większość tygodnia, a rower staje się codziennym środkiem transportu.

Jeździsz nim do pracy (nie trzeba szukać miejsca do parkowania), po zakupy (dowozisz ciężkie siatki od sklepu pod same drzwi, nie trzeba dźwigać), na spotkania (ach te miejsca parkingowe…). Wszędzie. Nawet przetransportowanie dużej paczki nie jest problemem 🙂 .

zdjęcie-24

A jak tak, to – zwłaszcza, jeżeli jesteś kobietą – potrzebujesz rowerowej torby. Może nie do przewożenia paczek, ale wszystkie wiemy, jak ważna jest damska torebka. Ja swojej szukałam długo. Przeglądałam sklepy internetowe i prawdziwe, ale nic z tego nie wynikało. Torby albo za bardzo przypominały sakwy, albo były podłużne, jak jamniki (i małe, peleryna mogłaby nie wejść), albo po przypięciu do roweru układały się jak szmata. Wszystkie były po prostu… brzydkie!

I w tym momencie Wera przeczytała w moich myślach. Bo jak już zdecydowałam się na jedną z tych brzydkich toreb, nagle przyszło zaproszenie do polubienia MADAME VELO na Facebooku. Okazało się, że Werka właśnie rozkręca interes – rowerowe, eleganckie torby. Jejciu, jakie one piękne. Jedna spodobała mi się szczególnie – kolor ma niebieski albo zielony, albo ciemnomorski (Wera, jaki to jest kolor??) z białymi wykończeniami. Zamówiłam, jak tylko torby pojawiły się w sprzedaży.

Pierwsze testy wypadły super! Torba wygląda pięknie na rowerze, ale równie idealnie pasuje do marynarki czy spódnicy, gdy już odczepiam ją od roweru. Nadaje się na spacer, na miasto. Wszędzie. Ale to nie wszystko. Nie wróżyłam jej dobrze, jak pewnego dnia przyszło mi wracać z pracy w ulewie. Ja dzięki pelerynie rowerowej – oczywiście błękitnej, żeby pasowała – byłam zupełnie sucha. Ale jak dotknęłam torby, ta wyglądała, jakby zebrała całą wodę z okolicy. Byłam przekonana, że wszystko w środku jest mokre! W domu pierwsze zdziwienie: rzeczy były suchutkie. Teraz zaczęłam się martwić, czy będę miała z czym jechać następnego dnia do pracy – wyglądało, jakby miała schnąć tydzień. Z czarnymi myślami poszłam z psem, wracam, patrzę, a tu – torba suchutka! Jak to się stało, że ona wyschła w pół godziny, nie mam pojęcia. Ale zrobiła to.

W lipcu zamówiłam drugą torbę rowerową, a właściwie plecak – dla mamy. Szary, z ćwiekami. Świetnie się komponuje z jej szarymi ciuchami, które często nosi.

Ale to nie wszystko.

Oprócz peleryny chciałam, żeby coś jeszcze pasowało do mojej torby. I zaczęłam szukać biżuterii rowerowej (i przyznaję: też biegowej). Okazało się, że sporo jest bransoletek z małymi rowerkami, ale albo nie takie są kolory, albo np. w danej bransoletce pasuje mi jedna zawieszka, a druga nie. Postanowiłam, że sama się za to zabiorę. Zamówiłam pierwsze rowerki, rzemyki i zaczęłam dziergać. Tak powstały bransoletki Biciklo i BigBiciklo. Mają kolory: czarny, miętowy i sorbetu arbuzowego. Przyznaję, że sama na razie najczęściej wybieram ten miętowy, ale pewnie już niedługo, im bliżej będzie jesieni, będę bardziej skłaniać się do czarnego.

To jednak wciąż nie wszystko. Przyszły do mnie właśnie nowe zawieszki i idą za nimi nowe bransoletki. Już gotowych jest kilka bransoletek z różą wiatrów (dla miłośników wypraw i orientacji), będą też opcje z różą i rowerkiem oraz z różą i bucikiem biegowym (dla takich, którzy jeżdżą na orientację rowerem i biegają z mapą po lasach). W planach też są (a nawet kilka już zrobiłam) bransoletki triathlonowe (rowerek, bucik i pływak) i biegowe (z bucikiem do biegania). Kolory na razie pozostają: czarny, miętowy i sorbetowy. Już niedługo wszystko będzie w sklepie.

K.

(1)
zs5

Rowerem z Warszawy nad morze. Czyli zielona siódemka i jej warianty

Pierwszy plan był taki, żeby wybrać się do Szwecji. Noclegi w pięknych i dowolnie wybranych miejscach, małe domki, świetne drogi i ogólne poszanowanie rowerzystów. No, ale… nie udało się. Wybrałyśmy wariant oszczędny – wsiąść na rower już w Warszawie, dojechać nad morze wzdłuż Drogi Krajowej nr 7 i wrócić „Słonecznym”. Okazuje się, że to, co spotkałyśmy rok temu w Szwecji – ale polepszone o bociany i kilka najwspanialszych, polskich smaczków – mamy pod nosem, w promieniu 20 km od domu! Czyli znów sprawdziło się stare powiedzenie: cudze chwalicie, swego nie znacie…

Dzień pierwszy: Warszawa – Joniec

Napisać, że zaczynamy bez pośpiechu, to nadużycie. Zupełnie nie możemy zebrać się z domu! Dzień wcześniej wróciliśmy z psami z tygodniowego wypadu w Beskid Niski. Trzeba przeprać rzeczy i zapakować sakwy. Nie mobilizuje fakt, że nic nas nie pogania – żaden pociąg ani samolot. Wyjść możemy o której tylko chciałyśmy. I tak drzwi zatrzasnąć udaje się dopiero po 15. Do pokonania w planach było 70 km. Start trasy założyłyśmy na końcowej stacji metra – Młociny. Gdy wyruszamy z Ursynowa, zaczyna już grzmieć. Na Młocinach jest lepiej, ale czarne chmury straszą. Ruszamy.

Pierwsze kilometry z sakwami to zawsze czas na przyzwyczajenie się do dodatkowego pakunku na rowerze. Trochę się chwiejemy, trzeba mocniej trzymać kierownicę, wykonywać mniej gwałtowne ruchy. I pamiętać, że hamowanie jest trochę bardziej powolne, niż zwykle. Ja na bagażniku mam dwie zapakowane do pełna sakwy i spód od namiotu. Na kierownicy natomiast – dodatkową torbę z aparatami, kamerą i najbardziej potrzebnymi rzeczami.

W końcu, po pokonaniu kilkunastu kilometrów, jeszcze w Puszczy Kampinoskiej kapitulujemy – zatrzymujemy się w niedużej knajpeczce Dziupla. No i dopada nas deszcz. A właściwie przyznać trzeba, że po prostu dałyśmy się dopaść. Po godzinie czekania, zjedzeniu obiadu, deseru i wypiciu kawy, decydujemy się jednak zarzucić peleryny (można je zobaczyć TUTAJ) i ruszyć w naszą drogę.

Pokonujemy brukowaną drogę przez Palmiry, aż docieramy do DK7 i dalej bocznymi drogami do mostu w stronę Nowego Dworu Mazowieckiego. Tam droga nie jest łatwa – jezdnia nie za bardzo jest w stanie pomieścić tiry i rowery, a i chodnik z kilometra na kilometr robi się coraz węższy. Pokonujemy jednak te trudności i wreszcie znajdujemy się na naszych wiejskich, lokalnych drogach! Tam dopada nas zachód słońca. Niesamowity! Zachód słońca za każdym razem jest niesamowity i za każdym razem zaskakuje, chociaż – jak podejrzewam – żyłoby się 100 lat i zachody oglądało codziennie.

Wkraczamy w małe wioski. Żadnego ruchu, prosta droga, ani się spostrzegamy, a robi się ciemno. Odpalamy lampki. Nieliczni kierowcy kulturalnie omijają nas szerokim łukiem. W końcu, po pokonaniu ponad 50 km docieramy do Jońca – niewielkiej miejscowości na Wkrze.

Jest tam baza dla kajakarzy i pole namiotowe. Śmiechy dzieciaków, weseli dorośli, piękna rzeka… idealnie! Rozbijamy namiot i szybko zapadamy w sen… na chwilę. Okazuje się, że samochody na pobliskim drewnianym moście robią tyle hałasu, że zamiast spania w nocy bardziej czuwamy. W końcu nad ranem chwila ciszy. Śni mi się, że wprowadzili zakaz poruszania się aut po moście między godz. 4 a 7. – Przestały jeździć! – mówię niemal przez sen. – Taaaa, przestały – słyszę odpowiedź. I w tym momencie jakiś szalony kierowca szybko przejeżdża mostem, a ja czuję jakby jechał mi po głowie. „Turturutrruututuuurturtur”. W końcu nastaje ranek.

Dzień drugi: Joniec – Mława

W drogę – mimo ciężkiej nocy – ruszamy z dobrym nastawieniem. Piękna pogoda, nic nie zwiastuje burzy. Wakacje! Pierwszy odcinek przez wsie nad Wkrą jest idealny. Weseli ludzie, zadbane ogródki, świetne, stare domy. Z czasem jednak oddalamy się od rzeki i coraz bardziej zbliżamy do Mławy – naszego następnego przystanku. Cały czas towarzyszą nam bociany. W większości są już podrośnięte, wiele z nich lata, ale są i takie, które czekają na to, aż do gniazda przyleci mama z jedzeniem. Niektóre dopiero próbują machać skrzydłami. Dla tych, którzy mieszkają poza miastem bocian to normalka, ale my naprawdę musimy wybierać się na wycieczki, żeby je pooglądać!

Gdy po 60 km okazuje się, że do celu zostało nam jeszcze 20, trochę się podłamujemy. To chyba najtrudniejszy odcinek naszej trasy – dość monotonny, z pierwszymi podjazdami. Czekamy już na Mławę z wytęsknieniem. 17, 15, 10, 8 km… w końcu jest! Tablica wjazdowa z napisem „Mława”. Ależ jest szczęście!

Śpimy w bursie, wieczorem wypuszczamy się też na pizzę. – Z owoców morza tylko tuńczyk, obawiam się – słyszę przy zamówieniu. Zaraz potem z głośników leci „Ona tańczy dla mnie”. Jest dobrze! Humory mamy świetne, tym bardziej, że rano znów budzi nas pełne słońce.

Dzień trzeci: Mława – Grunwald

Postanawiamy zrobić sobie dzień trochę bardziej na luzie – już nie 80, ale bliżej 50 km. Nasz następny cel to Grunwald, a właściwie pole pod Grunwaldem, podobno jest tam kemping. Trasa jest już trochę inna niż na Mazowszu. Więcej podjazdów i zjazdów niż dotąd, zastanawiamy się, jak to możliwe, że tych drugich na razie mamy więcej. Nie wnikając, rozpędzamy się i chłodzimy wiatrem w upał. Co jakiś czas, gdy najdzie nas ochota na picie albo jedzenie, zatrzymujemy się pod sklepem. Z zaopatrzeniem nie ma najmniejszego problemu – nawet w najmniejszych wioskach jest miejsce, gdzie można uzupełnić zapasy. Nie musimy nawet martwić się o pieczywo – zawsze na końcu trasy jest gdzie je kupić. Nie trzeba wozić wora pełnego jedzenia ze sobą.

Mamy też pierwsze jeziora, m.in. to, nad którym ocieramy się o burzę – jez. Szkotowskie. I chociaż miejscowy mówi, że nie będzie burzy, my widzimy pioruny. Dlatego jedziemy nad jezioro na szybką przekąskę. W czasie jedzenia oceniamy przepuszczalność parasoli i trwałość daszków, ale okazuje się, że faktycznie… burzy nie ma! Jedziemy dalej.

Grunwald okazuje się niewielką wioską, a pole… jest prawie dosłownie w miejscu, gdzie kiedyś Jagiełło pokonał Krzyżaków. Tuż obok natomiast odbywa się harcerski zlot. Impreza trwa do północy, ale to nie znaczy, że od rana jest spokój. O 7.30 budzi nas znów muzyka z głośników.

Harcerze wstają na apel. I dobrze, bo upał robi się już nieznośny, ledwo wytrzymujemy w namiocie. No, ale nie ma co się dziwić. To w końcu w tym miejscu na słońcu smażyli się zakuci w zbroje Krzyżacy. I naprawdę im nie zazdroszczę – jest jak na patelni. Szybki prysznic (w kolejce z harcerkami oczywiście), zakupy pamiątek i lecimy dalej. Kolejny cel: Morąg.

Dzień czwarty: Grunwald – Miłomłyn

Ruszamy z ulgą. Pole pod Grunwaldem na kilka dni przed rekonstrukcją bitwy nie należy do najspokojniejszych miejsc w tym kraju. Nasz cel to nieco okrężną drogą – nie chcemy wjeżdżać do Ostródy ani innych dużych miejscowości – Morąg albo jego okolice. Około 70 km. Piękne, gładkie jak stół drogi, pola, małe wsie. Nie mijamy nawet stacji benzynowych – te są na drogach krajowych. I tylko zjazdy i podjazdy.

Gdy dojeżdżamy do Miłomłyna, postanawiamy: zostajemy tu. Tylko gdzie spać? W informacji turystycznej dowiadujemy się, że pole namiotowe jest po drugiej stronie „siódemki”. Trzeba przejechać tunelem pod trasą, zjechać na drogę techniczną i dalej kierować się wzdłuż DK na północ. Tam znajdziemy agroturystykę Stelmach. Po lekkim błądzeniu (nie wszystkie wskazówki z informacji zgadzają się z rzeczywistością) trafiamy w cudne miejsce! Jezioro, przystrzyżona trawa, małe drewniane domki, a między nimi miejsce do rozbicia namiotu. Przemiła właścicielka pokazuje nam, na którym pomoście można posiedzieć i w której knajpie są najlepsze obiady. I chociaż do miasta mamy kilka kilometrów, to dla nas żaden problem.

Rano orientuję się, że kilka lat temu byłam już w tym miejscu. Razem ze znajomymi przejeżdżaliśmy przez dawny most kolejowy tuż obok. Wtedy stanęłam na nim i robiłam zdjęcia miejsca, w którym jesteśmy teraz. Myślałam: ale fajnie żyją sobie ludzie nad takim jeziorem. No i faktycznie życie tam jest całkiem przyjemne!

Udaje się zrealizować też jeszcze jedną akcję – podrzucamy zbędne pakunki mojemu przyjacielowi, który wraca akurat znad morza. Okazuje się bowiem, że nabrałam rzeczy jak na dwa tygodnie, a nie tylko kilka dni. No i przygotowałam się na naprawdę ciężkie warunki pogodowe. Kto się spodziewał, że będziemy mieć cały tydzień lampy?

Teraz robi się lekko, a sakwy wreszcie bez problemu się domykają. Podjazdy już nie męczą tak bardzo jak wcześniej.

Dzień piąty: Miłomłyn – Tolkmicko

Telefon pokazuje: nad morze zostało nam jeszcze 68 km. I chociaż wiem, że pewnie będzie to bliżej 80, nie zrażamy się. Bierzemy dystans na jeden raz. Z Miłomłyna wybieram drogę trochę na około, ale z obietnicą ciekawych widoków na Kanał Elbląski. Najpierw przejeżdżamy jednak przez Wenecję. Wieś niewielka, kilka domów i zabytkowa kaplica z XVIII wieku. Między kaplicą a sklepem natomiast maluje się smutny widok zrujnowanego po pożarze budynku wielorodzinnego. Do pożaru doszło w kwietniu, a w jego wyniku dach nad głową straciło 20 osób. Na szczęście nikt nie zginął. Teraz po tych smutnych wydarzeniach pozostało wspomnienie: sypiące się ściany i… wciąż kwitnące ogrody. Aż trudno uwierzyć, że zaraz przez drzwi balkonowe nie wyjdzie ktoś zagadać i usiąść wśród kwiatów.

Jedziemy dalej. Z Wenecji prowadzi nas kilkukilometrowa, szutrowa droga – jedyny tak długi nieasfaltowy odcinek na naszej trasie. Liczę że zaraz zobaczymy pochylnie i śluzy. I gdy docieramy do jednej z najciekawszych – pochylni Buczyniec – okazuje się, że… właśnie trwają na niej prace budowlane. – Jeszcze dwa lata. Najmniej! – słyszymy od budowlańca na miejscu. W tym momencie żegnamy się już na dobre z oglądaniem wynalazków techniki na Kanale. Obieramy już najprostszą z możliwych dróg i kierujemy się prosto do Tolkmicka. Gdybym tylko wiedziała o tym wcześniej, nasza droga byłaby duuużo krótsza!

Tymczasem w głowie kołacze mi się jeszcze jeden niepokojący fakt: zanim dojedziemy na wybrzeże, trzeba będzie jeszcze pokonać Wysoczyznę Elbląską. I wprawdzie na końcu czeka nas kilkunastokilometrowy zjazd, ale trzeba będzie na niego naprawdę ciężko zapracować. Zanim jeszcze wbijamy się w góry, dostajemy w kość od wiatru – wieje nam prosto w twarz, pedałuje się naprawdę ciężko. „Będzie klops, jak ten wiatr nie przestanie” – myślę.

W końcu zaczynają się podjazdy. Na szczęście przed wiatrem osłania nas las. Rozpędu ze zjazdów nie wystarcza jednak na pokonanie nawet połowy nachylenia pod następną górę. Sytuację pogarsza jeszcze tragiczny asfalt. Odkąd przekroczyłyśmy granicę powiatu elbląskiego, w zasadzie nie mamy równych dróg. Wszystkie są połatane betonową mieszanką, albo tak popękane, że wyglądają jak skóra jakiegoś wielkiego gada. Podjazdy po czymś takim to koszmar, a zjazdy tylko denerwują – nie da się na nich zupełnie rozpędzić.

Wciąż jednak mamy obietnicę długiego zjazdu na końcu. I tą nadzieją się karmimy. W końcu, po przekroczeniu DK 22 robi się lżej. Koniec gór, zostają nam już tylko proste drogi w stronę morza. Poprawia się też asfalt. Obie drogi wojewódzkie, które prowadzą do Tolkmicka, są po remoncie. My wybieramy tę z numerem 503. Na tym ostatnim odcinku dopada nas przepiękny zachód słońca. Oczywiście jest też obiecany zjazd. Nad Zalew Wiślany docieramy w chwili, gdy nad horyzontem wisi pomarańczowa kulka. Lepszego momentu nie mogłyśmy wybrać! Teraz już tylko prosta droga do portu i obiad. A głodne jesteśmy okropnie, bo zamiast 80 wyszło nam 100 km!

Cel osiągnięty: dojeżdżamy z Warszawy właściwie nad morze, chociaż nad to prawdziwe nie decydujemy się przedostać. Następny dzień ma być ostatnim z ładną pogodą. Chcemy wykorzystać go na spokojny przejazd do Elbląga. Chcemy zrobić to tak, żeby nie trzeba było podjeżdżać tego, co jeszcze przed chwilą zdjeżdżałyśmy.

Dzień szósty: powrót

Postanawiam więc wybrać drogę wzdłuż Zalewu Wiślanego. I tak właśnie jedziemy. Dzięki temu udaje się uniknąć ekstremalnych wrażeń i zadyszki. Mamy też ostatnie spotkanie z Zalewem. Na całkiem miłej, kameralnej plaży w Kadynach pijemy kawę i potem kierujemy się dalej w stronę Elbląga. Ale wciąż nie główną drogą, ale bokami – przez Suchacz z carską fabryką ceramiki i Nadbrzeże, gdzie kiedyś była cegielnia. Jedziemy wzdłuż nieużywanej już linii kolejowej z Elbląga do Braniewa.

Linia wybudowana została pod koniec XIX wieku, a jedną z miejscowości, w której stawał pociąg, były wspomniane wcześniej Kadyny – cesarz Niemiec Wilhelm II miał tam swoją letnią rezydencję. W Tolkmicku, gdzie dziś jest zabytkowy dworzec kolejowy, można było przesiąść się na prom do Krynicy Morskiej. Kto chciał jechać dalej, mógł dostać się do Królewca. Linia była bardzo popularna w latach ’80, ale po zmianach ustrojowych zaczęła podupadać. Coraz mniej turystów wybierało się na wczasy nad Zalew Wiślany, dlatego utrzymywanie pociągu przestało się opłacać. W 2006 roku kursy zostały zawieszone. Po roku 2010 udało się zorganizować weekendowe przejazdy z Elbląga do Braniewa, ale lata 2012-13 to już tylko trasa Elbląg – Frombork. W tym roku kursów nie ma już wcale, a stacje kolejowe wyglądają tak, jakby od lat nikt na nich nie bywał.

Po kilku godzinach podziwiania okolic dojeżdżamy do Elbląga. Stąd już pociągami osobowymi do domu.

Wnioski? Polska JEST dla rowerów. W ostatnich latach kierowcy nauczyli się żyć z rowerzystami. Większość omija rowery szerokim łukiem, zjeżdżając na przeciwny pas. Im auto większe, tym kierowca ostrożniejszy. Inne wnioski: warto dobrze sprawdzić możliwości noclegu. Nie wszystko jest na mapach Google. Po Polsce, zwłaszcza w mało turystycznych miejscach jak nasze północne Mazowsze, jeździ rowerami mało ludzi, dlatego baza noclegowa nie jest aż tak rozbudowana, jak np. na Mazurach. Jeżeli nie chcemy wydać masy pieniędzy na wyjazd, dobrze ruszyć na trasę z listą kempingów czy kwater. Acha, ludzie, których spotyka się na trasie, są świetni!

Katarzyna Karpa

(4)

Powered by themekiller.com anime4online.com animextoon.com apk4phone.com