zs5

Rowerem z Warszawy nad morze. Czyli zielona siódemka i jej warianty

Pierwszy plan był taki, żeby wybrać się do Szwecji. Noclegi w pięknych i dowolnie wybranych miejscach, małe domki, świetne drogi i ogólne poszanowanie rowerzystów. No, ale… nie udało się. Wybrałyśmy wariant oszczędny – wsiąść na rower już w Warszawie, dojechać nad morze wzdłuż Drogi Krajowej nr 7 i wrócić „Słonecznym”. Okazuje się, że to, co spotkałyśmy rok temu w Szwecji – ale polepszone o bociany i kilka najwspanialszych, polskich smaczków – mamy pod nosem, w promieniu 20 km od domu! Czyli znów sprawdziło się stare powiedzenie: cudze chwalicie, swego nie znacie…

Dzień pierwszy: Warszawa – Joniec

Napisać, że zaczynamy bez pośpiechu, to nadużycie. Zupełnie nie możemy zebrać się z domu! Dzień wcześniej wróciliśmy z psami z tygodniowego wypadu w Beskid Niski. Trzeba przeprać rzeczy i zapakować sakwy. Nie mobilizuje fakt, że nic nas nie pogania – żaden pociąg ani samolot. Wyjść możemy o której tylko chciałyśmy. I tak drzwi zatrzasnąć udaje się dopiero po 15. Do pokonania w planach było 70 km. Start trasy założyłyśmy na końcowej stacji metra – Młociny. Gdy wyruszamy z Ursynowa, zaczyna już grzmieć. Na Młocinach jest lepiej, ale czarne chmury straszą. Ruszamy.

Pierwsze kilometry z sakwami to zawsze czas na przyzwyczajenie się do dodatkowego pakunku na rowerze. Trochę się chwiejemy, trzeba mocniej trzymać kierownicę, wykonywać mniej gwałtowne ruchy. I pamiętać, że hamowanie jest trochę bardziej powolne, niż zwykle. Ja na bagażniku mam dwie zapakowane do pełna sakwy i spód od namiotu. Na kierownicy natomiast – dodatkową torbę z aparatami, kamerą i najbardziej potrzebnymi rzeczami.

W końcu, po pokonaniu kilkunastu kilometrów, jeszcze w Puszczy Kampinoskiej kapitulujemy – zatrzymujemy się w niedużej knajpeczce Dziupla. No i dopada nas deszcz. A właściwie przyznać trzeba, że po prostu dałyśmy się dopaść. Po godzinie czekania, zjedzeniu obiadu, deseru i wypiciu kawy, decydujemy się jednak zarzucić peleryny (można je zobaczyć TUTAJ) i ruszyć w naszą drogę.

Pokonujemy brukowaną drogę przez Palmiry, aż docieramy do DK7 i dalej bocznymi drogami do mostu w stronę Nowego Dworu Mazowieckiego. Tam droga nie jest łatwa – jezdnia nie za bardzo jest w stanie pomieścić tiry i rowery, a i chodnik z kilometra na kilometr robi się coraz węższy. Pokonujemy jednak te trudności i wreszcie znajdujemy się na naszych wiejskich, lokalnych drogach! Tam dopada nas zachód słońca. Niesamowity! Zachód słońca za każdym razem jest niesamowity i za każdym razem zaskakuje, chociaż – jak podejrzewam – żyłoby się 100 lat i zachody oglądało codziennie.

Wkraczamy w małe wioski. Żadnego ruchu, prosta droga, ani się spostrzegamy, a robi się ciemno. Odpalamy lampki. Nieliczni kierowcy kulturalnie omijają nas szerokim łukiem. W końcu, po pokonaniu ponad 50 km docieramy do Jońca – niewielkiej miejscowości na Wkrze.

Jest tam baza dla kajakarzy i pole namiotowe. Śmiechy dzieciaków, weseli dorośli, piękna rzeka… idealnie! Rozbijamy namiot i szybko zapadamy w sen… na chwilę. Okazuje się, że samochody na pobliskim drewnianym moście robią tyle hałasu, że zamiast spania w nocy bardziej czuwamy. W końcu nad ranem chwila ciszy. Śni mi się, że wprowadzili zakaz poruszania się aut po moście między godz. 4 a 7. – Przestały jeździć! – mówię niemal przez sen. – Taaaa, przestały – słyszę odpowiedź. I w tym momencie jakiś szalony kierowca szybko przejeżdża mostem, a ja czuję jakby jechał mi po głowie. „Turturutrruututuuurturtur”. W końcu nastaje ranek.

Dzień drugi: Joniec – Mława

W drogę – mimo ciężkiej nocy – ruszamy z dobrym nastawieniem. Piękna pogoda, nic nie zwiastuje burzy. Wakacje! Pierwszy odcinek przez wsie nad Wkrą jest idealny. Weseli ludzie, zadbane ogródki, świetne, stare domy. Z czasem jednak oddalamy się od rzeki i coraz bardziej zbliżamy do Mławy – naszego następnego przystanku. Cały czas towarzyszą nam bociany. W większości są już podrośnięte, wiele z nich lata, ale są i takie, które czekają na to, aż do gniazda przyleci mama z jedzeniem. Niektóre dopiero próbują machać skrzydłami. Dla tych, którzy mieszkają poza miastem bocian to normalka, ale my naprawdę musimy wybierać się na wycieczki, żeby je pooglądać!

Gdy po 60 km okazuje się, że do celu zostało nam jeszcze 20, trochę się podłamujemy. To chyba najtrudniejszy odcinek naszej trasy – dość monotonny, z pierwszymi podjazdami. Czekamy już na Mławę z wytęsknieniem. 17, 15, 10, 8 km… w końcu jest! Tablica wjazdowa z napisem „Mława”. Ależ jest szczęście!

Śpimy w bursie, wieczorem wypuszczamy się też na pizzę. – Z owoców morza tylko tuńczyk, obawiam się – słyszę przy zamówieniu. Zaraz potem z głośników leci „Ona tańczy dla mnie”. Jest dobrze! Humory mamy świetne, tym bardziej, że rano znów budzi nas pełne słońce.

Dzień trzeci: Mława – Grunwald

Postanawiamy zrobić sobie dzień trochę bardziej na luzie – już nie 80, ale bliżej 50 km. Nasz następny cel to Grunwald, a właściwie pole pod Grunwaldem, podobno jest tam kemping. Trasa jest już trochę inna niż na Mazowszu. Więcej podjazdów i zjazdów niż dotąd, zastanawiamy się, jak to możliwe, że tych drugich na razie mamy więcej. Nie wnikając, rozpędzamy się i chłodzimy wiatrem w upał. Co jakiś czas, gdy najdzie nas ochota na picie albo jedzenie, zatrzymujemy się pod sklepem. Z zaopatrzeniem nie ma najmniejszego problemu – nawet w najmniejszych wioskach jest miejsce, gdzie można uzupełnić zapasy. Nie musimy nawet martwić się o pieczywo – zawsze na końcu trasy jest gdzie je kupić. Nie trzeba wozić wora pełnego jedzenia ze sobą.

Mamy też pierwsze jeziora, m.in. to, nad którym ocieramy się o burzę – jez. Szkotowskie. I chociaż miejscowy mówi, że nie będzie burzy, my widzimy pioruny. Dlatego jedziemy nad jezioro na szybką przekąskę. W czasie jedzenia oceniamy przepuszczalność parasoli i trwałość daszków, ale okazuje się, że faktycznie… burzy nie ma! Jedziemy dalej.

Grunwald okazuje się niewielką wioską, a pole… jest prawie dosłownie w miejscu, gdzie kiedyś Jagiełło pokonał Krzyżaków. Tuż obok natomiast odbywa się harcerski zlot. Impreza trwa do północy, ale to nie znaczy, że od rana jest spokój. O 7.30 budzi nas znów muzyka z głośników.

Harcerze wstają na apel. I dobrze, bo upał robi się już nieznośny, ledwo wytrzymujemy w namiocie. No, ale nie ma co się dziwić. To w końcu w tym miejscu na słońcu smażyli się zakuci w zbroje Krzyżacy. I naprawdę im nie zazdroszczę – jest jak na patelni. Szybki prysznic (w kolejce z harcerkami oczywiście), zakupy pamiątek i lecimy dalej. Kolejny cel: Morąg.

Dzień czwarty: Grunwald – Miłomłyn

Ruszamy z ulgą. Pole pod Grunwaldem na kilka dni przed rekonstrukcją bitwy nie należy do najspokojniejszych miejsc w tym kraju. Nasz cel to nieco okrężną drogą – nie chcemy wjeżdżać do Ostródy ani innych dużych miejscowości – Morąg albo jego okolice. Około 70 km. Piękne, gładkie jak stół drogi, pola, małe wsie. Nie mijamy nawet stacji benzynowych – te są na drogach krajowych. I tylko zjazdy i podjazdy.

Gdy dojeżdżamy do Miłomłyna, postanawiamy: zostajemy tu. Tylko gdzie spać? W informacji turystycznej dowiadujemy się, że pole namiotowe jest po drugiej stronie „siódemki”. Trzeba przejechać tunelem pod trasą, zjechać na drogę techniczną i dalej kierować się wzdłuż DK na północ. Tam znajdziemy agroturystykę Stelmach. Po lekkim błądzeniu (nie wszystkie wskazówki z informacji zgadzają się z rzeczywistością) trafiamy w cudne miejsce! Jezioro, przystrzyżona trawa, małe drewniane domki, a między nimi miejsce do rozbicia namiotu. Przemiła właścicielka pokazuje nam, na którym pomoście można posiedzieć i w której knajpie są najlepsze obiady. I chociaż do miasta mamy kilka kilometrów, to dla nas żaden problem.

Rano orientuję się, że kilka lat temu byłam już w tym miejscu. Razem ze znajomymi przejeżdżaliśmy przez dawny most kolejowy tuż obok. Wtedy stanęłam na nim i robiłam zdjęcia miejsca, w którym jesteśmy teraz. Myślałam: ale fajnie żyją sobie ludzie nad takim jeziorem. No i faktycznie życie tam jest całkiem przyjemne!

Udaje się zrealizować też jeszcze jedną akcję – podrzucamy zbędne pakunki mojemu przyjacielowi, który wraca akurat znad morza. Okazuje się bowiem, że nabrałam rzeczy jak na dwa tygodnie, a nie tylko kilka dni. No i przygotowałam się na naprawdę ciężkie warunki pogodowe. Kto się spodziewał, że będziemy mieć cały tydzień lampy?

Teraz robi się lekko, a sakwy wreszcie bez problemu się domykają. Podjazdy już nie męczą tak bardzo jak wcześniej.

Dzień piąty: Miłomłyn – Tolkmicko

Telefon pokazuje: nad morze zostało nam jeszcze 68 km. I chociaż wiem, że pewnie będzie to bliżej 80, nie zrażamy się. Bierzemy dystans na jeden raz. Z Miłomłyna wybieram drogę trochę na około, ale z obietnicą ciekawych widoków na Kanał Elbląski. Najpierw przejeżdżamy jednak przez Wenecję. Wieś niewielka, kilka domów i zabytkowa kaplica z XVIII wieku. Między kaplicą a sklepem natomiast maluje się smutny widok zrujnowanego po pożarze budynku wielorodzinnego. Do pożaru doszło w kwietniu, a w jego wyniku dach nad głową straciło 20 osób. Na szczęście nikt nie zginął. Teraz po tych smutnych wydarzeniach pozostało wspomnienie: sypiące się ściany i… wciąż kwitnące ogrody. Aż trudno uwierzyć, że zaraz przez drzwi balkonowe nie wyjdzie ktoś zagadać i usiąść wśród kwiatów.

Jedziemy dalej. Z Wenecji prowadzi nas kilkukilometrowa, szutrowa droga – jedyny tak długi nieasfaltowy odcinek na naszej trasie. Liczę że zaraz zobaczymy pochylnie i śluzy. I gdy docieramy do jednej z najciekawszych – pochylni Buczyniec – okazuje się, że… właśnie trwają na niej prace budowlane. – Jeszcze dwa lata. Najmniej! – słyszymy od budowlańca na miejscu. W tym momencie żegnamy się już na dobre z oglądaniem wynalazków techniki na Kanale. Obieramy już najprostszą z możliwych dróg i kierujemy się prosto do Tolkmicka. Gdybym tylko wiedziała o tym wcześniej, nasza droga byłaby duuużo krótsza!

Tymczasem w głowie kołacze mi się jeszcze jeden niepokojący fakt: zanim dojedziemy na wybrzeże, trzeba będzie jeszcze pokonać Wysoczyznę Elbląską. I wprawdzie na końcu czeka nas kilkunastokilometrowy zjazd, ale trzeba będzie na niego naprawdę ciężko zapracować. Zanim jeszcze wbijamy się w góry, dostajemy w kość od wiatru – wieje nam prosto w twarz, pedałuje się naprawdę ciężko. „Będzie klops, jak ten wiatr nie przestanie” – myślę.

W końcu zaczynają się podjazdy. Na szczęście przed wiatrem osłania nas las. Rozpędu ze zjazdów nie wystarcza jednak na pokonanie nawet połowy nachylenia pod następną górę. Sytuację pogarsza jeszcze tragiczny asfalt. Odkąd przekroczyłyśmy granicę powiatu elbląskiego, w zasadzie nie mamy równych dróg. Wszystkie są połatane betonową mieszanką, albo tak popękane, że wyglądają jak skóra jakiegoś wielkiego gada. Podjazdy po czymś takim to koszmar, a zjazdy tylko denerwują – nie da się na nich zupełnie rozpędzić.

Wciąż jednak mamy obietnicę długiego zjazdu na końcu. I tą nadzieją się karmimy. W końcu, po przekroczeniu DK 22 robi się lżej. Koniec gór, zostają nam już tylko proste drogi w stronę morza. Poprawia się też asfalt. Obie drogi wojewódzkie, które prowadzą do Tolkmicka, są po remoncie. My wybieramy tę z numerem 503. Na tym ostatnim odcinku dopada nas przepiękny zachód słońca. Oczywiście jest też obiecany zjazd. Nad Zalew Wiślany docieramy w chwili, gdy nad horyzontem wisi pomarańczowa kulka. Lepszego momentu nie mogłyśmy wybrać! Teraz już tylko prosta droga do portu i obiad. A głodne jesteśmy okropnie, bo zamiast 80 wyszło nam 100 km!

Cel osiągnięty: dojeżdżamy z Warszawy właściwie nad morze, chociaż nad to prawdziwe nie decydujemy się przedostać. Następny dzień ma być ostatnim z ładną pogodą. Chcemy wykorzystać go na spokojny przejazd do Elbląga. Chcemy zrobić to tak, żeby nie trzeba było podjeżdżać tego, co jeszcze przed chwilą zdjeżdżałyśmy.

Dzień szósty: powrót

Postanawiam więc wybrać drogę wzdłuż Zalewu Wiślanego. I tak właśnie jedziemy. Dzięki temu udaje się uniknąć ekstremalnych wrażeń i zadyszki. Mamy też ostatnie spotkanie z Zalewem. Na całkiem miłej, kameralnej plaży w Kadynach pijemy kawę i potem kierujemy się dalej w stronę Elbląga. Ale wciąż nie główną drogą, ale bokami – przez Suchacz z carską fabryką ceramiki i Nadbrzeże, gdzie kiedyś była cegielnia. Jedziemy wzdłuż nieużywanej już linii kolejowej z Elbląga do Braniewa.

Linia wybudowana została pod koniec XIX wieku, a jedną z miejscowości, w której stawał pociąg, były wspomniane wcześniej Kadyny – cesarz Niemiec Wilhelm II miał tam swoją letnią rezydencję. W Tolkmicku, gdzie dziś jest zabytkowy dworzec kolejowy, można było przesiąść się na prom do Krynicy Morskiej. Kto chciał jechać dalej, mógł dostać się do Królewca. Linia była bardzo popularna w latach ’80, ale po zmianach ustrojowych zaczęła podupadać. Coraz mniej turystów wybierało się na wczasy nad Zalew Wiślany, dlatego utrzymywanie pociągu przestało się opłacać. W 2006 roku kursy zostały zawieszone. Po roku 2010 udało się zorganizować weekendowe przejazdy z Elbląga do Braniewa, ale lata 2012-13 to już tylko trasa Elbląg – Frombork. W tym roku kursów nie ma już wcale, a stacje kolejowe wyglądają tak, jakby od lat nikt na nich nie bywał.

Po kilku godzinach podziwiania okolic dojeżdżamy do Elbląga. Stąd już pociągami osobowymi do domu.

Wnioski? Polska JEST dla rowerów. W ostatnich latach kierowcy nauczyli się żyć z rowerzystami. Większość omija rowery szerokim łukiem, zjeżdżając na przeciwny pas. Im auto większe, tym kierowca ostrożniejszy. Inne wnioski: warto dobrze sprawdzić możliwości noclegu. Nie wszystko jest na mapach Google. Po Polsce, zwłaszcza w mało turystycznych miejscach jak nasze północne Mazowsze, jeździ rowerami mało ludzi, dlatego baza noclegowa nie jest aż tak rozbudowana, jak np. na Mazurach. Jeżeli nie chcemy wydać masy pieniędzy na wyjazd, dobrze ruszyć na trasę z listą kempingów czy kwater. Acha, ludzie, których spotyka się na trasie, są świetni!

Katarzyna Karpa

Leave Your Comment

Powered by themekiller.com anime4online.com animextoon.com apk4phone.com