DCIM103GOPRO

Z psem na rower? Oto, jak się przygotować

Myślicie, że wyjazd z psem i rowerami to gruba i ciężko realizowalna rzecz? Spróbuję przekonać Was do tego, że tak nie jest, a jedynym poważnym przedsięwzięciem jest zakup przyczepy. Reszta to prościzna. Pokażę Wam na przykładzie naszego przejazdu Wokół Suwalszczyzny, na jaki wybraliśmy się w czerwcu 2016 roku.

Tak to wyglądało:

Tutaj znajdziecie relację z wyjazdu: #zycietowycieczka, czyli sześć kółek i cztery łapy na Suwalszczyźnie

Mapy

Mieliśmy dwie: drogową Warmińsko-Mazurskiego i Podlaskiego o słabej skali i turystyczną po Suwalszczyźnie 1:85 000 (Express Map). Tę drugą mogę z czystym sumieniem polecić – wyrysowane dobrze drogi, zaznaczone wzniesienia, sporo atrakcji turystycznych, sklepy, stacje i inne życiowo potrzebne elementy. Jednocześnie nie jest to aż tak szczegółowa mapa (jak np. w przypadku 1:50 000, jakich używamy do nawigacji na zawodach), żeby trzeba było ją cały czas odwracać i przesuwać w mapniku.

Mapnik – używałam go tylko ja. Można nim kręcić (chociaż ja rzadko z tego korzystam), przyczepia się go do kierownicy rzepami.

Sprzęt

Dwa rowery raczej niskiej klasy – BH i Decathlon. Wyszliśmy z założenia, że wyjazd ma być tani, dlatego nie inwestowaliśmy w nowe. Zresztą po co to robić, skoro te, co mamy wciąż działają. Ja przed wyjazdem oddałam tylko swojego rumaka do specjalistów na wymianę linek i pancerzy, a pozostałe rzeczy przeserwisowałam sama (wymieniłam korbę, kasetę, suport i łańcuch), a koledzy pomogli zlikwidować luz na piaście w tylnym kole. Zrobiłam to dlatego, że po latach jeżdżenia i tysiącach pokonanych kilometrów, rower po prostu tego wymagał i tak samo postąpiłabym, gdybyśmy zostawali w domu i nigdzie się nie ruszali. Mój rower wyposażony był w opony szosowo-terenowe Schwalble Land Cruiser. Marcin miał opony czysto terenowe.

Przyczepa rowerowa dla psa Burley Tail Wagon – to sprzęt, który wybieraliśmy przed wyjazdem najdłużej. W końcu przekazał nam ją na wyjazd producent. Testów było trochę, nauka Łyska też nie była prosta, ale po wyjeździe możemy powiedzieć, że to najlepsze, co mogliśmy mieć. Przyczepa dobrze radziła sobie na wybojach (było ich naprawdę dużo) na drogach szutrowych i polnych, ładnie prowadziła się na asfalcie, nie zawadzała (bo jej szerokość to tyle, co rowerzysta z sakwami), a najlepsze jest to, że nocą służyła psu za budę – wstawialiśmy ją do przedsionka namiotu i Łysek czuł się w niej jak w domu.

O tym, jak wybierałam przyczepę dla psa, pisałam tutaj: Łapy, które biegną jak jadą, czyli… ruszamy na wyprawę!

Sakwy – polskiej firmy Crosso – wodoodporne, pancerne, z łatwym dostępem do środka i duże. Zabierając je trzeba zawsze pilnować, żeby nie zapakować do nich za dużo rzeczy. Sakwy są naprawdę bardzo pojemne, a dodatkowe buty czy jeszcze jedna bluza, chociaż wejdą, wcale nie muszą być potrzebne.

Spanie i gotowanie

Namiot – noname, trójka. Duży i dość ciężki, ale mieszczący nas, psa, przyczepę i w razie potrzeby też rowery (nie korzystaliśmy z tego ostatniego dobrodziejstwa). Wymyśliliśmy, że namiot jeździć będzie na dnie przyczepy i tak było: składaliśmy go w kształt podłogi, wyściełaliśmy psu jego chatę, a na wierzch kładliśmy jeszcze psią szmatę, na której zwykle sypia w podróży. Dzięki temu Łysek miał wygodnie, a my nie musieliśmy targać namiotu na bagażniku.

Maty do spania – sampopompujące, z GO Sportu. Są niewielkie, niezbyt ciężkie i kupione za bzdurne kilka lat temu.

Śpiwory – mieliśmy jeden grubaśny (puchowy) i jeden supercienki. Jadąc drugi raz także zabrałabym grubaśny, jak robię to zwykle nawet w środku lata 🙂

Kuchenka, gaz, garnuszek, patelnia, czajniczek – wzięliśmy, bo zamierzaliśmy gotować sobie rano wodę na kawę, a po południu obiad. Gotowaliśmy wszystko, łącznie z parówkami i jajecznicą. Palnik mam firmy Coleman (używam od lat na wyjazdach w góry, koszt mniej niż 100 zł), butla nakręcana, gary stare z wyjazdów, a patelnia – najmniejsza teflonowa z domu. Dzięki temu czuliśmy się naprawdę wolni, mogliśmy spać i jeść w dowolnym miejscu.

Psie rzeczy – miarka do karmy (wycięta z półlitrowej butelki – najlżejsza), miska (wycięta też z jakiegoś opakowania – najlżejsza), palik do przyczepiania psa na kempingu, butelka z poidłem do dawania mu pić w czasie drogi, sprężyna przykręcana do sztycy siodła – żeby mógł sobie biec uwiązany do roweru (korzystał z tej możliwości dużo chętniej niż z przyczepy).

– Ciuchy – jak wcześniej pisałam, uważajcie, żeby nie nabrać ich za dużo. Początkowo miałam w zwyczaju zabierania dodatkowych butów i kilku koszulek na zmianę. Okazuje się jednak, że w czasie wyjazdu używam zwykle jednego-dwóch kompletów ciuchów, które łatwo w razie czego przeprać. Na tyłek na pewno sprawdzą się gatki z pampersem, koszulka oddychająca (ja najbardziej lubię taką bez rękawów i drugą, lekką z długimi – do założenia jak zrobi się chłodniej), kask, lekkie buty (ja używam półsandałów, ale mogą być lekkie adidasy) i fru! To na jazdę. Do tego dokładam klapki do chodzenia wieczorem i rano, jakieś luźne, lekkie dresy, które nadają się na wieczór a w razie potrzeby też w czasie jazdy, bluzę na wieczór, coś do spania. Weźcie pod uwagę, że 90 procent czasu spędzać będziecie na rowerze, dlatego ciuchów nierowerowych za często zakładać pewnie nie będziecie. Do sakwy wrzucam jeszcze cienką jak papierek, biegową kurtkę (w razie czego, do jeżdżenia, jakby bardzo wiało) i pelerynę.

A do kompletu potrzebne są jeszcze: pomysły na to, gdzie jechać, uśmiech i odwaga. Odwagi! Jedźcie na rower, tam są przygody! 😀

(1)
lysek

Łapy, które biegną, jak jadą, czyli… ruszamy na wyprawę!

A właściwie wyprawkę, bo nawet nie przekraczamy granicy kraju, a wszystko będzie trwało około tygodnia. Ale chociaż niedaleko, nasza wycieczka będzie prawdziwą przeprawą, bo tym razem zabieramy ze sobą nie tylko rowery, sakwy i namiot, ale też psa i przyczepę dla niego. Łysek, chociaż dużo biega i dystans 80 km nie jest dla niego wyzwaniem, gdyby miał powtarzać to codziennie, mogłoby skończyć się dramatem. Do tego nasz kundel woli raczej spokojniejsze tempo, tymczasem gdy towarzyszy rowerowi, potrafi się dobrze zmęczyć.

Trasa

Przygotowania naszej wyprawki zaczynam więc dwutorowo: z jednej strony planuję trasę, a z drugiej rozważam, jaki będzie najlepszy sprzęt do transportu psa. Z tym pierwszym idzie szybko – zwykle pomaga mi w tym Google i tak jest także tym razem. Założenie jest takie, by spod Giżycka ruszyć prosto na północ do Gołdapi, stamtąd jak najbliżej granicy na wschód i dalej wzdłuż granicy (w miarę możliwości ostatnią polską drogą) na południe. Wyznaczam więc kolejne punkty pośrednie i pozwalam Googlom wyznaczyć trasę dla roweru. Potem nanoszę korekty, przeciągając niebieską kreskę tak, by wyszło na moje, czyli jak najbliżej granic. Dokąd się uda dojechać, dotąd dojedziemy, a potem zawiniemy z powrotem w stronę Giżycka. Szacuję, że pokonamy w ten sposób około 600 km.

Przyczepa

Nieco trudniej idzie z przyczepą rowerową. Przeczesuję internet w poszukiwaniu najtańszej, ale jednocześnie najlepszej z dostępnych i wcale łatwo nie jest. Przyczepy, nie dość że w różnych cenach (od 300 do 2000 zł), to jeszcze zakładają różną ładowność i wielkość psa. Nasz kundel waży ok. 15-16 kg i jest postury małego huskiego. Okazuje się jednak, że chociaż kwalifikuje się do kilku przyczep do 20 kg, to skorzystać z nich nie może przez swoje raczej długie łapy. Gdyby był buldogiem, nie byłoby kłopotu, a tak nie miałby gdzie się zwinąć. W końcu po kilku dniach poszukiwań decyduję się napisać do kilku producentów przyczep. Przedstawiam naszą sytuację, to kim jesteśmy i przede wszystkim: jaki pies będzie nam towarzyszył. I działa!

Wesprzeć nas decyduje się amerykańska firma #Burley, która produkuje przyczepy, które są vanami wśród przyczep dla psów (i dzieci). Wcześniej mamy jeszcze okazję przetestować kupioną naprędce chińską przyczepkę dla dzieci za 300 zł, ale gdy odbieramy naszego Burleya, wiemy już, że nie warto nawet się nad tamtą słabszą zastanawiać. Mieści wprawdzie więcej gratów niż nasz Burley (i można by ułożyć w niej namiot), ale za to koła chyboczą się niemiłosiernie. Nie wiem, czy mogłabym zaufać jej przez tyle kilometrów.

Hyc za przyczepę

Przychodzi wreszcie dzień nauki Łyska. Plan jest taki: zmęczyć go trochę bieganiem, a potem, jak już będzie spokojniejszy, spróbować posadzić w przyczepie. Pies wygląda na gotowego po sześciu kilometrach leśnej przebieżki. – Nie będzie problemu – wymieniamy się opiniami. Zachęcamy go przysmakami, wchodzi. Przypinamy smycz, siedzi. Jest OK. Ruszamy. A pies hyc! I już jest poza przyczepą. Nie pomagają błagania, prośby, zachęty. Nic. Jak stoimy, siedzi w środku, jak ruszamy – hyc! – Boi się, nie podoba mu się – myślę głośno. Nic to, decydujemy, że podjedziemy dalej w jakieś ustronne miejsce i tam popracujemy z naszym kundlem.

Obozowisko rozbijamy kilka kilometrów dalej. Najpierw siedzimy spokojnie i czekamy, czy pies wejdzie do przyczepy sam, wrzucamy smaczki. A on wchodzi, bierze smaczki i wychodzi. Próbujemy przypinać, jak przyczepka stoi – pies siedzi grzecznie, ale gdy tylko ruszamy, od razu wyskakuje. O co tu chodzi, do licha?!

Siła i machanie łapką

W końcu decydujemy, że spróbujemy siłą przytrzymać go w przyczepie – żeby zobaczył, że jazda to nic strasznego. Przytrzymuję więc go za rączkę w szelkach i górną belkę przyczepki. Ruszamy i… przychodzi olśnienie!

Gdy przytrzymuję psa w czasie jazdy, dociera do mnie nagle, co jest powodem jego wyskoków. Wcale nie chodzi o to, że mu się nie podoba, ani też się nie boi. Po prostu, gdy tylko ruszamy, psie łapy same zaczynają układać się do biegania. On po prostu nie wyobraża sobie, jak można się przemieszczać i nie machać łapami!

OK, w takim razie musimy pokazać mu, że to możliwe. I uczymy: najpierw wolno, trzymając go za uchwyt. Marcin prowadzi rower, ja trzymam. Gdy pies przestaje próbować wysiadać, ja oddalam się od przyczepy. Pies (przyczepiony do górnej belki przyczepy) patrzy, co się dzieje, ale po kilku próbach wyskoków jest już spokojny. Kolejny etap to moment, kiedy Marcin wsiada na rower i jadą już tak, jak będziemy jeździć na urlopie. Znów: chwila niepokoju psa, ale potem już nie wyskakuje. Uf, udało się!

Będą z Łyska psy!

Do domu wracamy okrężną drogą, pies w którymś momencie przestaje się niepokoić, a pod koniec nawet siada. Potem zabieram go jeszcze na jedną, całodzienną wycieczkę i okazuje się, że coś w łepetynie zostało – nie wysiada już w czasie jazdy, chociaż początek pokonuje z przednimi łapami na zewnątrz: staje sobie na dyszlu i rozgląda się na boki. Dopiero po kilku kilometrach zaczyna kminić, że chyba jednak wygodniej jak w przyczepie znajduje się cały pies, a nie tylko tylna jego część.

Teraz jedyny newralgiczny moment to zatrzymywanie się na światłach. Łysek, jak się nie poruszamy, urządza sobie huskowe śpiewy, a wszyscy rowerzyści momentalnie padają ze śmiechu. Uda się. Myślę, że się uda!

#hackingburley

I jeszcze notatka o jednej zmianie, jaką wprowadziliśmy w naszej przyczepie: od razu po pierwszej przejażdżce wycięliśmy siatkę w przednim okienku tak, żeby materiał sięgał psu wyżej niż spodnia warstwa i dzięki temu miał mniejszą możliwość wyskakiwania ze swojej limuzyny. Jednocześnie chcieliśmy, żeby nic nie ograniczało mu możliwości wystawienia łba na zewnątrz (siatka ograniczałaby tę możliwość). Zadziałało 🙂

Tymczasem przyczepa stoi w domu z odczepionymi kółkami i pies wchodzi do niej sobie w ciągu dnia i przesypia długie godziny. A jak jeździmy, to – chociaż już nie wyskakuje – ciągle macha jedną łapką. Jak my przy graniu dżojstikiem, kiedy ręka ucieka w którąś stronę, gdy chcemy skręcić naszym ludzikiem. Znacie to, nie?

(2)

Powered by themekiller.com anime4online.com animextoon.com apk4phone.com